Droga Miss

09.11.2013
refleksje po 60-ce, refleksje, felieton, kuchnia, historycznie, limeryki, polityka, okiem emeryta




Policzek od PO


Tyle komentarzy w ciągu 4 godzin co pod Twoją notką pt. "Policzek od PO" - dawno nie oglądałem. Ale przeczytałem nie tylko notkę ale i te wszystkie komentarze. Na tej podstawie doszedłem do wniosku, że to co chcę powiedzieć jest zbyt obszerne jak na komentarz. Dlatego robię to w tej formie.


Jak zwykle, gdy dyskusja jest gorąca i emocjonalna, od pewnego momentu przestaje być dyskusją merytoryczną, a staje się "turniejem rycerskim" - kto kogo i kto komu mocniej.

Nie będę się więc odnosił do żadnego komentarza. Spróbuję o nich zapomnieć i napisać komentarz do Twojej - Miss - notki.

Po uważnym, powtórnym jej przeczytaniu, postanowiłem w ogóle nie odnosić się do: sześciolatków, gimnazjów, godzin historii czy likwidacji szkół i co tam jeszcze w pytaniach referendalnych było. Co prawda pod koniec nieco od tej zasady odstąpię, ale jedynie w celu przedstawienia swego poglądu.

Powtórzę jeszcze raz to co napisałem w mojej notce "Kryzys demokracji". Jeżeli o braku demokracji ma świadczyć fakt, że demokratycznie wybrani przedstawiciele narodu, w demokratycznym głosowaniu zgodnie z odpowiednimi ustawami odrzucili demokratycznie zgłoszony wniosek o referendum - to, przepraszam, ale ja czegoś nie rozumiem. Sami ustalamy pewne zasady w referendum konstytucyjnym. Potem nasi demokratycznie wybrani przedstawiciele tworzą w ramach tej konstytucji prawo. A kiedy działają zgodnie z tym prawem - podnosi się krzyk.

Może wcześniej uchwalono złe prawo? Kto wie, czy takie referendum miałoby jakiś wpływ na decyzję sejmu? Czy byłoby wiążące? Tak, ale tylko wtedy, gdy weźmie w nim udział ponad połowa uprawnionych do głosowania. W moim przekonaniu takiej frekwencji by nie było. Bowiem materia tego referendum nie dotyczy dużej grupy wyborców. jeżeli dużej części nie chce się iść na wybory, to jak zmotywować księży, nastolatków i ludzi po pięćdziesiątce, których temat zupełnie nie dotyczy. Może nastolatki mają dopiero to przed sobą, ale też jakie mają doświadczenie rodzicielskie by się wypowiadać w tej materii? Chyba, że wszyscy potraktowali by to jako wici do wojny z Tuskiem. Ale po referendum sytuacja w rządzie i koalicji nic by się nie zmieniła. A decyzje podejmowane na zasadzie - na złość mamie, odmrożę sobie uszy - rzadko kiedy przynoszą pozytywny efekt.

Zgodnie też z zasadami demokracji. jeżeli pod wnioskiem referendalnym podpisze się przynajmniej pół miliona osób, sejm ma obowiązek ten wniosek rozpatrzyć. I sejm rozpatrzył. Podjął dobrą czy zła decyzje? Pamiętajmy jednak, że jeszcze się taki nie urodził, co by wszystkim dogodził.

Platforma zlekceważyła milion podpisów. Nie, nie zlekceważyła. Przecież w słowie "rozpatrzyć" nie ma imperatywu - że pozytywnie. Gdyby tak było, łatwo można by zdestabilizować państwo. Idąc tropem pewnej opcji politycznej, przecież dla naszych wrogów nie byłoby żadnym problemem kupić milion podpisów. I za każdym razem, aby nie narazić się na zarzut "lekceważenia narodu" sejm musiałby ogłaszać referendum w kuriozalnych, a rozkładających państwo sprawach.

Konstytucja RP stanowi w artykule 4:
ust. 1. Władza zwierzchnia w Rzeczypospolitej Polskiej należy do Narodu.
ust. 2. Naród sprawuje władzę przez swoich przedstawicieli lub bezpośrednio.

Proszę się zastanowić nad tym, jaka jest różnica w poniższych wyrażeniach:
"przedstawicieli lub bezpośrednio" versus "przedstawicieli i bezpośrednio".

Skoro więc wybraliśmy swoich przedstawicieli, daliśmy im mandat do sprawowania w naszym imieniu władzy - to w tym stanie prawnym, jaki teraz obowiązuje, daliśmy im również prawo do odrzucenia wniosku o referendum. Jeżeli kogoś to bulwersuje i nie może się z tym pogodzić - niech zażąda od swoich posłów aby zmienili to prawo. Nawet gdyby byli oni w mniejszości, maja przecież inicjatywę ustawodawczą. Ba, wystarczy tylko 69 posłów by złożyć wniosek o referendum w tej sprawie. Jeżeli do tego wniosku byłoby przygotowane solidne uzasadnienie prawne wraz z odpowiednim projektem ustaw - trudno by było tego rodzaju inicjatywę zignorować. Kluby poselskie mają wystarczające fundusz, by do przygotowania tego zatrudnić prawdziwych fachowców, prawników, konstytucjonalistów itp.

Póki co - droga Miss, to chyba tylko Twoje i innych subiektywne odczucie, bo ja na policzku niczego nie poczułem. Bowiem od zawsze, jak sięgnę pamięcią, państwo lepiej wiedziało, że siedmiolatki powinny iść już do szkoły. I jak do tej pory nikt z tego powodu nie potraktował tego jako "Jesteś głupi, nie znasz się, my za Ciebie wiemy lepiej". A przecież mechanizm jest dokładnie ten sam. Nikt nie pytał się rodziców i bezdzietnych polityków, czy siedem lat to dużo czy mało. Autorytarnie przyjęto siedem lat. Równie dobrze wtedy można było przyjąć sześć lub osiem.

Piszesz też że gimnazja należy zlikwidować i to szybko. Może tak, a może nie. Ja nie wiem. Jednak słyszałem taki argument, że "przestępczość młodociana" w gimnazjach wzrosła w sposób zastraszający. Oczywiście to prawda. O ile w dawnej szkole podstawowej liczba uczniów np. palących papierosy stanowiła 15% wszystkich uczniów, to po wydzieleniu gimnazjów, okazało się, że w nich jest to 75%!! Za to w podstawówkach spadła do 5%. Oczywiście, sam wymyśliłem ten przykład. Ale z matematycznego i socjologicznego punktu widzenia jest on bez zarzutu. Jeżeli z pewnej dużej grupy wydzieli się część, dzieci starszych - to nie powinno nikogo zaskoczyć, że to właśnie starsze dzieci palą, a nie pierwszaki. Tak więc nie usłyszałem żadnego przekonywującego argumentu za likwidacja gimnazjów. Osobiście wolę, żeby jak najwcześniej rozdzielono sięgających po papierosy od maluchów. Natomiast słyszałem wiele opinii, wyrażanych przez fachowców, że polska szkoła i jej absolwenci, od czasu wydzielenia gimnazjów awansowała w europejskich i światowych rankingach.

I właśnie argumenty są największą słabością wniosku. Maluje się w nich koszmar jaki będą przeżywać sześciolatki. Znam kilkoro pięciolatków lepiej radzących sobie niż siedmiolatki. W jaki więc sposób siedmiolatki są chronione przed tym koszmarem? Dlaczego rodzice mają mieć prawo chronić przed tym tylko swoje sześcioletnie pociechy - a już siedmioletnich nie?

W referendum żąda się powstrzymania likwidacji szkół, jednocześnie sprzeciwiając się zwiększeniu liczebności uczniów w szkole, co na pewno uratowałoby szkołę przed likwidacją?

Ale dosyć o tym. Zakończę, że nie mam nic przeciwko posyłaniu dzieci do szkoły od 6 lat. Ktoś może mi zarzucić, że jestem za stary, by mieć dzieci w tym wieku. Prawda, ale to wiek jak najbardziej odpowiedni, by mieć sześcioletnie (tak plus, minus) wnuki.

Jednego tylko żałuję. Gdyby referendum się odbyło, i gdyby jakimś cudem frekwencja wyniosła minimum 80 %, wtedy dopiero miałbym jasność, czy PO wymierzyło policzek całemu społeczeństwu, czy tylko jego niewielkiej części





Publikuję również w wydawnictwie "Virtu@l Herald".
Zapraszam do odwiedzin.
Aby mieć bezpłatny dostęp do treści, należy odwiedzić tą stronę.
Serdecznie też zapraszam do współpracy.
Zainteresowanych proszę o kontakt na formularzu kontaktowym.




Komentarze