Generał

23.09.2013
refleksje po 60-ce, refleksje, felieton, kuchnia, historycznie, limeryki, polityka, okiem emeryta





Prawdopodobnie gdyby nie propozycja służby nadterminowej i pracy w sztabie 10 Sudeckiej Dywizji Pancernej to wrócił bym jak każdy normalny żołnierz do cywila. W domu się nie przelewało a tu w perspektywie niezła płaca, praca oraz mieszkanie.
Zupełnie pobocznym było poznanie kilku osób których w normalnych warunkach by nie poznał.
Dziś ograniczę się do gen. Zbigniewa Ohanowicza, który w czasie rozpoczęcia mojej służby zawodowej pełnił funkcję Zastepcy Dowódcy Śląskiego Okręgu Wojskowego d/s liniowych.
Krążyły o nim legendy, że np. włazi przez płot od tyłu do jednostek kontrolowanych przez siebie ale także, że jest pobłażliwy dla szeregowego żołnierza i ostry jak brzytwa dla oficerów. Nie interesowało mnie to specjalnie do pierwszego spotkania z generałem w czasie wybijania z głowy Czechosłowakom innego ustroju niż ten najlepszy który mają.
Jesienią roku 1968 w miejscu stacjonowania sztabu dywizji niedaleko Havliczkowego Brodu dało się odczuć wręcz panikę a nazwisko generała było odmienia przez wszystkie przypadki. Jako mapiarz wiedziałem jakie ćwiczenia się odbędą i przygotowałem zestawy map terenu ćwiczeń.
W końcu przyleciał śmigłowcem z Hradec Kralove i w otoczeniu świty wkroczył na teren obozowiska. Byłem zaskoczony: mały karakan, góra do 170 cm. Kruczo-czarne włosy i taki samo wąsisko. Nienaganny mundur i na nogach wyglancowane bryczesy. Uwagę zwracały jego świecące i przeszywające na wskroś czarne oczy /później dowiedziałem się, że z pochodzenia był Ormianinem/.
Ćwiczenia ruszyły a ja tknięty jakimś przeczuciem nie uwaliłem się spać. Około północy ryk: mapiarz – do generała. Meldowałem się, przerwał w połowie i pokazał palcem - plutonowy tą mapę mi przynieście ! /chodziło o jeden arkusz z większej całości/. Uwinąłem się i na wszelki wypadek wziąłem arkusze poboczne i chyba ze 3 o które mu chodziło. Pisarze wzięli się za wklejanie nowych arkuszy a mnie zwrócono popisane i pokreślone mapy.
Stanąłem w przedsionku i obserwowałem. Znów coś nie wyszło i wysłany żołnierz ruszył po następna mapę i wrócił po kilku sekundach. Generał dostrzegł mnie z rulonami map pod pachą. Minęło następne kilkadziesiąt minut gdy gen. Ohanowicz się wyprostował i gestem ręki mnie przywołał. Dawaj nowe mapy, widzisz – znowu zepsułem, masz mi nagadać !!. Coś tam bąknąłem głośno – nie psujcie generale tyle map bo mi zabraknie..... coś w tym stylu, bo dokładnie nie pamiętam ale pamiętam tę ciszę jaka panowała. Odgonił mnie ręką jak pozbywa się natrętnej muchy.
Kilka lat później gen Zbigniew Ohanowicz zostaje D-cą 10 SDPanc w Opolu. Na dzień dobry odbywają się ćwiczenia sztabowe na pobliskim poligonie w Łambinowicach. Sceneria ta sama połączone namioty, olbrzymi stół a wokół niego szefowie służb, mapy, jakieś filiżanki z kawą herbatą, radiostację /nawet pamiętam/ typu R-105 do łączności z pododdziałami. Wszyscy pracują na mapach a w jego najdalszej części stoję ja – mapiarz 10 SDPanc z rulonami map pod pachą. Krążący jak sęp wkoło stołów generał w pewnym momencie mnie zauważa, podchodzi, poznaje rulony map, puka w nie palcem i pyta; po co to ?. „Melduję Obywatelu Generale, że nie jestem na pierwszych ćwiczeniach sztabowych.
Rok później ostatnie spotkanie z generałem. Generał przyjeżdżał do pracy oczywiście o porach przez siebie wybranych i oficerowie dyżurni dostawali palpitacji serca, że może np. przyjść o 3.oo nad ranem. Tym razem przyjechał o znośnej porze tzn. ok. godz. 8.3o i nim Oficer Dyżurny wyszczekał swoja formułkę to już wbiegał po schodach do siebie na górę na II piętro. Schody były obszerne, półokrągłe i kto się na nich znalazł stawał zadkiem do ściany i „walił w dach” aż miło lub stawał wyprężony jak kołek w płocie. Jak któregoś z mijanych oficerów znał to czasami i rękę podał. W tym, dniu i w tym momencie byłem pomiędzy I a II piętrem i nie dało się nawiać.
Zlustrowałem się błyskawicznie czy jakiś guzik nie odpięty i stanąłem jak wszyscy, wyprężony i wystraszony. Już prawie miał mnie minąć jak gwałtownie wyhamował – popatrzał mi w oczy swoimi świdrującymi oczami i zapytał z pewna złością – Jeszcze plutonowy ?. Zatkało mnie ale odpowiedziałem – podpadziocha jestem !. Odwrócił się i poleciał.
Za dwa dni byłem awansowany do stopnia sierżanta.

Minęło prawie 30 lat. Po wojsku pozostało wspomnienia a dawno już nieżyjący generał raz jeszcze pojawił się w moim życiu. W moim zakładzie pracy Radcą Prawnym była pani mgr dwojga nazwisk a której drugi człon brzmiał Ohanowicz. Zdarzyło się tak któregoś razu, że po zakończeniu prawnej konsultacji, w luźnej rozmowie zapytałem ją czy być może znała generała o nazwisku Ohanowicz ?. Reakcja była dla mnie zaskoczeniem, rysy twarzy jej stężały, atmosfera prysła i powiało chłodem. Odpowiedź była krótka i lakoniczna – tak to moja rodzina. Nie próbowałem więcej dopytać.




Komentarze