Referendum ante portas!

05.10.2013
refleksje po 60-ce, refleksje, felieton, kuchnia, historycznie, limeryki, polityka, okiem emeryta




Bój o Warszawę


Nie ekscytuję się wynikami wyborów lokalnych. Nie mieszkam w Rybniku, Elblągu czy Warszawie. Jeżeli zabieram głos w tym temacie – to tylko dla piętnowania głupoty, dyletanctwa wciskanego wyborcom z populistycznych pobudek. Tak było w przypadku Elbląga, gdzie na sztandarach pisowskich umieszczono przekopanie Mierzei Wiślanej.


W przypadku warszawskiego referendum powody są nieco inne. Są poważniejsze – natury ustrojowej.

Na wstępie kilka wyjaśnień. W funkcjonującym w Europie (i nie tylko) modelu demokracji, referenda nie są elementem bezpośredniego sprawowania władzy. To jest jasne i nie powinno wymagać tłumaczeń. Referenda w tym systemie służą głównie do dwóch celów – kontroli władzy, oraz jej wspomagania. Drugi aspekt dotyczy referendów ogłaszanych przez władze centralne czy lokalne w celu poznania opinii społeczeństwa. Tak było przy referendum konstytucyjnym czy przed wstąpieniem do Unii Europejskiej. Organizowanie ich najczęściej odbywa się z inicjatywy tych organów. W tej notce chcę się zająć aspektem pierwszym – kontrola, nadzór nad władzą.

Takie narzędzie kontrolne jest w demokracji potrzebne. Społeczeństwo powinno nauczyć się z niego rozsądnie i odpowiedzialnie korzystać. Inicjatywa referendum w tych sprawach najczęściej wychodzi od społeczeństwa. Dlaczego napisałem o rozsądku i odpowiedzialności? Bo celem takich referendów powinna być poprawa jakości sprawowania władzy a nie jej paraliż. W przypadku warszawskim ujawniają się dwa problemy.

Pierwszy to konflikt między politykami w sprawie czy udział w nim to obywatelski obowiązek, czy prawo obywatelskie. I chociaż pojęcie „obowiązku obywatelskiego” zostało w znacznym stopniu skompromitowane przez tzw. „władzę ludową”, ja nadal uważam, że w pewnych sytuacjach nadal obowiązuje. Jeżeli jestem patriotą i zależy mi na pomyślności mojego kraju (oczywiście z pobudek czysto egoistycznych – przecież pomyślność kraju mierzy się pomyślnością jego mieszkańców), to moim obywatelskim obowiązkiem jest iść na wybory i ustanowić najlepszy wg mnie rząd. Aby zbytnio nie odbiegać od głównego tematu – odkładam na bok dyskusję na temat ordynacji wyborczej. Tak samo obywatelskim obowiązkiem jest wypowiedzieć się w sprawach tak fundamentalnych jak konstytucja, czy przekazanie części suwerenności na rzecz jakiejś organizacji międzynarodowej.

Jednak są politycy, którzy przy jednym ogniu chcą upiec dwie pieczenie. Nawet jak nie uda się osunąć od władzy człowieka z konkurencyjnej partii, to chociaż po przegranym referendum pozostaną ślady błota, którym obrzucali przeciwników wygłaszających zdroworozsądkowe argumenty typu, że w takich przypadkach jest to prawo obywatelskie. I służy to tylko jednemu celowi, nie mającemu absolutnie nic wspólnego z demokracją – „zabić wroga!”.



W tym kontekście dosyć podejrzanie wyglądają też zarzuty stawiane prezydentowi, proponującemu zmianę przepisów referendalnych. Zmiana głównie polega na ty, że w przypadku referendów mających na celu odwołanie wcześniej wybranych władz miałby obowiązywać wymóg frekwencyjny nie niższy niż przy ich wyborze. W pozostałych referendach frekwencja nie jest wymogiem.

I chociaż zdaje sobie sprawę, że to w jakimś stopniu ograniczy kontrolę władzy przez społeczeństwo, jednak priorytety demokracji są ważniejsze. Nie może bowiem zostać uznane za demokratyczne zmienianie wyników wyborów przez tych, którzy je przegrali. Jeżeli weźmiemy jeszcze pod uwagę to, że Polacy niechętnie biorą udział w jakichkolwiek twórczych działaniach a mobilizują się bardzo chętnie i sprawnie gdy trzeba wystąpić przeciw czemuś lub komuś – to takie niebezpieczeństwo istnieje realnie.

Bowiem obowiązujący obecnie wymóg 3/5 frekwencji z wyborów może spowodować, że choć w wyborach na danego kandydata głosowało np. 100 tys. wyborców, do jego odwołania może wystarczyć już tylko 85 tys. A o ile się orientuję, nie ma żadnego przepisu mówiącego, że odwołania można dokonać nie wcześniej niż np. po roku od wyborów – w przypadku upowszechnienia się referendów, może dochodzić do sytuacji, że nazajutrz po wyborach, sfrustrowana mniejszość wybierze wbrew woli większości swego kandydata. A to oznaczać będzie śmierć demokracji. Potem ta mniejszość nazwie się "większością" czyli "bolszewikami". Boję się przewidywać dalszego ciagu.

Kaczyński stawia pytanie: „W Warszawie są zwolennicy i przeciwnicy Hanny Gronkiewicz-Waltz. Nie rozumiem, dlaczego ma nie dojść do spotkania przy urnach?”. Ja odpowiadam – bo nie życzę sobie, by jakakolwiek mniejszość zmuszała mnie do czegokolwiek.



Komentarze