KULTURA DYSKUSJI]
07.09.2013

Od roku 2010 nastąpiła wzmożona polaryzacja poglądów politycznych naszego społeczeństwa. Ubocznym skutkiem tego zjawiska (genezy którego nie muszę chyba przypominać) jest dramatyczne obniżenie poziomu kultury w debacie politycznej. Zamiast argumentów – pomówienia i epitety. Dwie strony tej „debaty” okopały się „na z góry upatrzonych” pozycjach. Czasami na przedpole wypadają harcownicy. To z kolei wywołuje dalszą polaryzację – i błędne koło się zamyka.
Czy jest z tego jakieś wyjście?
Pesymiści są przekonani, że tylko rewolucja, która skutecznie zmiecie jedną ze stron, może „uzdrowić” sytuację. Większość z nas nazywa tych ludzi radykałami. Jednak nawet najwięksi radykałowie umiejący patrzeć w przyszłość optymistycznie, też dostrzegliby również i inne drogi. Może nie tak proste i wygodne, ale na pewno mniej kosztowne.
Optymiści wiedzą, że łatwego, prostego wyjścia nie ma. Bo jedyne wyjście – rozmawiać ze sobą, a nie mówić do siebie – dzisiaj jest chyba nie do zrealizowania. Brak bowiem dobrej woli u każdej ze stron konfliktu. Jednak nawet, gdyby jakimś cudem udało się choćby odrobinę tej dobrej woli z nich „wycisnąć” – podejrzewam, że i tak nie przyniosło by to żadnego efektu. Bowiem przynajmniej jedna ze stron od dawna stosuje zasadę, że kompromis możliwy jest tylko wtedy, gdy druga strona przyjmie wszystkie warunki pierwszej.
Aby ze sobą rozmawiać – trzeba umieć rozmawiać. Aby w tej rozmowie przekonać drugą stronę do maleńkiego choćby kompromisu – trzeba umieć argumentować. Może kilku czytelników nie zgodzi się ze mną, mając w pamięci wystąpienia publiczne niektórych polityków. Owszem – potrafią nieraz nie zanudzić na śmierć. Potrafią nieraz porwać wcale nie małe tłumu swoją oracją. Ale to tylko na zasadzie, że przekonanego nie potrzeba przekonywać.
Ale zastanówmy się – ile tych wystąpień będziemy pamiętali za lat, powiedzmy dziesięć? A mowy Cycerona, czy jeszcze wcześniejszego Demostenesa przetrwały dwa tysiące lat. Ba –przez wieki całe były wzorem dla mówców i polityków. I nie z powodu pięknych słów używanych przez tych mówców, ale z powodu czytelności i zrozumiałości argumentów przemawiających za jakąś sprawą. Nie odważę się by tych (i innych) wielkich przedstawicieli starożytności porównywać z kimkolwiek z naszego politycznego podwórka. Ale też ci starożytni mężowie do swego „zawodu” przygotowywali się długo. Uczyli się na dziełach swych poprzedników, doskonaląc własne umiejętności. W starożytnych Atenach funkcjonowała zasada, że strony stające przed sądem muszą osobiście przed nim stawać i prezentować swoje racje. Demostenes początkowo więc zajmował się pisaniem wystąpień sądowych dla mniej „wygadanych” klientów. Musiał więc umieć z sensem przedstawiać argumenty. Inaczej straciłby klientów. To była dobra szkoła przed późniejszymi wystąpieniami politycznymi.
Dzisiejsi „politycy” wiedzą, że dla osiągnięcia sukcesu wcale nie trzeba walczyć z konkurentami za pomocą argumentów. Wystarczy zaskarbić sobie poparcie „gawiedzi”. A cóż jest lepszego dla uzyskania tego poparcia, nad populizm? „Lud” łyka ten populizm jak gąsior kluski. Wiem, wiem, że narażę się wielu uogólniając, wrzucając cały elektorat do jednego worka. Jest to nadużycie, jednak nie do końca tak oczywiste. Gdybym rozpatrywał postawy pojedynczych wyborców, lub nawet grupy skupiające się wokół jakiejś idei, czy programu – to trudno byłby tam wcisnąć ten populizm. Jednak istnieje takie zjawisko jak tłum. Tłum ze swoją psychologią, ze swoimi stadnymi zachowaniami, tłum który dosyć skutecznie potrafi zagłuszać wszelką indywidualność. I w tym aspekcie strategia populizmu się sprawdza.
Swego czasu na moim blogu postawiłem taką tezę, że największą zbrodnia popełnioną przez komunizm na społeczeństwie, było wycofanie z programu szkół średnich filozofii. Filozofii nie tylko jako współczesnej myśli politycznej, ale też i historii filozofii starożytnej. Ta ostatnia chociaż nie odpowiadała na żadne współczesne pytania, jednak groźna była z powodu uczenia samodzielnego myślenia. Filozofia bowiem w ogólnym zarysie nie daje żadnych odpowiedzi, uczy jak zadawać pytania aby uzyskać te odpowiedzi. A pytania mogłyby być dla władzy niewygodne, ba – nawet niebezpieczne.
Społeczeństwo które miałoby chociaż podstawową wiedzę z dziedziny filozofii, byłoby o wiele bardziej odporne na populizm. Politycy pozbawieni tego narzędzia, musieliby sięgać po argumenty, zarówno w dialogu ze społeczeństwem jak i pomiędzy sobą.
A jaki jest obraz tego dialogu dzisiaj? Dwa przykłady:
Czemu więc służą tego typu debaty czy wystąpienia? Na pewno nie poszerzaniu obszaru wiedzy zarówno społeczeństwa jak i swojej. Bo żadnej wiedzy w tych wystąpieniach nie było. Mają one jedynie służyć auto-promocji. Zdobyć parę punktów u „szefa”, przesunąć się o parę szczebelków wyżej na drabinie wszystkich możliwych list wyborczych.
No dobrze. Ulżyłem sobie, dokopałem trochę „klasie próżniaczej”, mogę więc teoretycznie być zadowolony. Jednak nie jestem, gdyż gdzieś w głębi mnie ktoś złośliwie się śmieje i pyta – co dalej?
I tu mam wielki problem – NIE WIEM. Wiem, że coś trzeba zmienić, jednak nie wiem jak i nie wiem kto to miałby zrobić. Ale też nie jestem alfą i omegą, czy chociażby swojskim omnibusem. Jakąś diagnozę postawiłem – teraz czekam, aż znajdą się mądrzejsi ode mnie i spróbują odpowiedzieć na pytanie – kto i jak.
Publikuję również w wydawnictwie "Virtu@l Herald".
Zapraszam do odwiedzin. Wystarczy kliknąć ikonkę. >
Natomiast by mieć dostęp do treści, należy odwiedzić tą stronę.
Serdecznie też zapraszam do współpracy.
Zainteresowanych proszę o kontakt na formularzu kontaktowym.
Czy potrafimy normalnie dyskutować?
Tekst ten swoją premierę miał w pierwszym numerze "Virtu@l Herald". Publikuję go na blogu z nadzieją, że zachęci to choć parę osób do czytania tego wydawnictwa.
Wydawnictwo dopiero się rozwija. Jesteśmy na etapie werbowania autorów. Wiem, że kilku autorów piszących dla przyjemności by się znalazło. Jednak autorzy ocierający się o profesjonalne dziennikarstwo liczą również na gratyfikację pieniężną. Ponadto koszty oprawy graficznej, wykupienia strony internetowej i tym podobne, wymagają jakiegoś finansowania. Dlatego też wydania tego czasopisma kosztują. Jednak niewiele bo 2,90 zł.
Piszący dla wydawnictwa, jak również chętni do współpracy mogą otrzymać bieżący numer gratis.
Zapraszam więc do lektury poniższego tekstu.
Od roku 2010 nastąpiła wzmożona polaryzacja poglądów politycznych naszego społeczeństwa. Ubocznym skutkiem tego zjawiska (genezy którego nie muszę chyba przypominać) jest dramatyczne obniżenie poziomu kultury w debacie politycznej. Zamiast argumentów – pomówienia i epitety. Dwie strony tej „debaty” okopały się „na z góry upatrzonych” pozycjach. Czasami na przedpole wypadają harcownicy. To z kolei wywołuje dalszą polaryzację – i błędne koło się zamyka.
Czy jest z tego jakieś wyjście?
Pesymiści są przekonani, że tylko rewolucja, która skutecznie zmiecie jedną ze stron, może „uzdrowić” sytuację. Większość z nas nazywa tych ludzi radykałami. Jednak nawet najwięksi radykałowie umiejący patrzeć w przyszłość optymistycznie, też dostrzegliby również i inne drogi. Może nie tak proste i wygodne, ale na pewno mniej kosztowne.
Optymiści wiedzą, że łatwego, prostego wyjścia nie ma. Bo jedyne wyjście – rozmawiać ze sobą, a nie mówić do siebie – dzisiaj jest chyba nie do zrealizowania. Brak bowiem dobrej woli u każdej ze stron konfliktu. Jednak nawet, gdyby jakimś cudem udało się choćby odrobinę tej dobrej woli z nich „wycisnąć” – podejrzewam, że i tak nie przyniosło by to żadnego efektu. Bowiem przynajmniej jedna ze stron od dawna stosuje zasadę, że kompromis możliwy jest tylko wtedy, gdy druga strona przyjmie wszystkie warunki pierwszej.
Aby ze sobą rozmawiać – trzeba umieć rozmawiać. Aby w tej rozmowie przekonać drugą stronę do maleńkiego choćby kompromisu – trzeba umieć argumentować. Może kilku czytelników nie zgodzi się ze mną, mając w pamięci wystąpienia publiczne niektórych polityków. Owszem – potrafią nieraz nie zanudzić na śmierć. Potrafią nieraz porwać wcale nie małe tłumu swoją oracją. Ale to tylko na zasadzie, że przekonanego nie potrzeba przekonywać.
Dzisiejsi „politycy” wiedzą, że dla osiągnięcia sukcesu wcale nie trzeba walczyć z konkurentami za pomocą argumentów. Wystarczy zaskarbić sobie poparcie „gawiedzi”. A cóż jest lepszego dla uzyskania tego poparcia, nad populizm? „Lud” łyka ten populizm jak gąsior kluski. Wiem, wiem, że narażę się wielu uogólniając, wrzucając cały elektorat do jednego worka. Jest to nadużycie, jednak nie do końca tak oczywiste. Gdybym rozpatrywał postawy pojedynczych wyborców, lub nawet grupy skupiające się wokół jakiejś idei, czy programu – to trudno byłby tam wcisnąć ten populizm. Jednak istnieje takie zjawisko jak tłum. Tłum ze swoją psychologią, ze swoimi stadnymi zachowaniami, tłum który dosyć skutecznie potrafi zagłuszać wszelką indywidualność. I w tym aspekcie strategia populizmu się sprawdza.
Swego czasu na moim blogu postawiłem taką tezę, że największą zbrodnia popełnioną przez komunizm na społeczeństwie, było wycofanie z programu szkół średnich filozofii. Filozofii nie tylko jako współczesnej myśli politycznej, ale też i historii filozofii starożytnej. Ta ostatnia chociaż nie odpowiadała na żadne współczesne pytania, jednak groźna była z powodu uczenia samodzielnego myślenia. Filozofia bowiem w ogólnym zarysie nie daje żadnych odpowiedzi, uczy jak zadawać pytania aby uzyskać te odpowiedzi. A pytania mogłyby być dla władzy niewygodne, ba – nawet niebezpieczne.
Społeczeństwo które miałoby chociaż podstawową wiedzę z dziedziny filozofii, byłoby o wiele bardziej odporne na populizm. Politycy pozbawieni tego narzędzia, musieliby sięgać po argumenty, zarówno w dialogu ze społeczeństwem jak i pomiędzy sobą.
A jaki jest obraz tego dialogu dzisiaj? Dwa przykłady:
- - poseł (właściwie większość posłów) PiS-u na pytanie co sądzi np. o podniesieniu wieku emerytalnego (to akurat przyszło mi w tej chwili do głowy, ale może być dowolny projekt ustawy rządowej) odpowiada tak – „zacząć trzeba od tego, że jest to najgorszy rząd od 20 lat”. Nie chcę tu jałowo dyskutować czy ma rację. Bowiem w tej dziedzinie ilu ludzi tyle racji. Chcę zwrócić uwagę na konstrukcje tej wypowiedzi. Otóż na samym początku odpowiadający prezentuje swoją lub „służbową” tezę. Więcej już nie muszę słuchać bo wiem, że w dalszej części będzie on próbował tę tezę udowodnić lub obronić. Nawet przyciśnięty do muru o meritum pytania, odpowie to co już podejrzewałem – zły rząd, więc nie można znaleźć żadnych pozytywów omawianej ustawy. I nie ma już czasu i miejsca na przedstawienie choćby jednego merytorycznego argumentu przeciwko ustawi a nie przeciwko rządowi.
- - poseł PO bierze udział dyskusji na temat szkolnych warsztatów, mający wykształcić u dzieci i młodzieży zachowania tolerancyjne wobec odmienności, również seksualnych. Oczywiście na treść jego wypowiedzi będzie miał decydujący wpływ jego światopogląd. Do tej pory wszystko jest porządku, nawet jego sprzeciw wobec idei warsztatów. Jednak „debata” nie może się ograniczać do wypowiedzenia zdania – jestem przeciwny, gdyż tak nakazuje mi sumienie. W debacie trzeba przynajmniej próbować przekonać innych. I poseł ten to robi – ale jak na współczesnego polskiego polityka przystało – w sposób idiotyczny. Jako konserwatysta jest przeciwny temu, by wciągać „normalne dzieci” w problemy homoseksualistów. Poseł ten twierdzi, że zdecydowana większość „normalnych” dzieci nie wymaga żadnej „pomocy” (wg posła czytać to należy – edukacji homoseksualnej). Jeżeli grupa dzieci i młodzież ma problemy z tożsamością seksualną – to im właśnie trzeba pomagać. I to do nich powinny być adresowane takie warsztaty.
Wyobraźmy sobie szkołę, gdzie dzieci mają problemy powszechne we wszystkich szkołach. Grupa wyrośniętych łobuzów pobiera haracz od słabszych, niejednokrotnie stosując przemoc fizyczną. Psycholog szkolny postanawia zorganizować warsztaty, gdzie dzieci będą odgrywać naprzemiennie rolę łobuza i ofiary. Chodzi o to, by łobuzy, przez chwilę miały możność dowiedzieć się co czuje ofiara, a ofiara by nie próbowała w przyszłości stać się łobuzem. Otóż zgodnie z retoryką wspomnianego posła, łobuzy nie mają żadnego problemu, nie potrzeba im pomagać. To ofiary cierpią, to do nich powinny być skierowane warsztaty, to oni bowiem potrzebują pomocy. Ale jakiej pomocy? Warsztaty mają ich nauczyć jak z godnością znosić upokorzenia? A może jak najefektowniej używać w celach samoobrony ekierki, cyrkla czy nożyczek?
Czemu więc służą tego typu debaty czy wystąpienia? Na pewno nie poszerzaniu obszaru wiedzy zarówno społeczeństwa jak i swojej. Bo żadnej wiedzy w tych wystąpieniach nie było. Mają one jedynie służyć auto-promocji. Zdobyć parę punktów u „szefa”, przesunąć się o parę szczebelków wyżej na drabinie wszystkich możliwych list wyborczych.
No dobrze. Ulżyłem sobie, dokopałem trochę „klasie próżniaczej”, mogę więc teoretycznie być zadowolony. Jednak nie jestem, gdyż gdzieś w głębi mnie ktoś złośliwie się śmieje i pyta – co dalej?
I tu mam wielki problem – NIE WIEM. Wiem, że coś trzeba zmienić, jednak nie wiem jak i nie wiem kto to miałby zrobić. Ale też nie jestem alfą i omegą, czy chociażby swojskim omnibusem. Jakąś diagnozę postawiłem – teraz czekam, aż znajdą się mądrzejsi ode mnie i spróbują odpowiedzieć na pytanie – kto i jak.
Zapraszam do odwiedzin. Wystarczy kliknąć ikonkę. >
Natomiast by mieć dostęp do treści, należy odwiedzić tą stronę.
Serdecznie też zapraszam do współpracy.
Zainteresowanych proszę o kontakt na formularzu kontaktowym.
Komentarze
Prześlij komentarz