Kierunek NL.
12.10.2013

Wyjazd z Opola i przez wioski dotarcie do tzw. autostrady, której nie dokończył Hitler. Zbudowano mosty, przepusty ale położono tylko jedną jezdnię /pod Wrocławiem dwie jezdnie/ której nawierzchnię pokryto płytami betonowymi. Pierwszy etap 300 km. nie był dla tych którzy mieli plomby w zębach, jak do granicy nie wyleciały to dobrze. Na granicy kupno polskiego chleba, coś na ząb i adrenalina przed kontrolą celną.
Po jej przejściu – Ameryka, autostrada co najmniej 3 pasy i równo jak po stole. O wjeździe do Holandii odczytać można było tylko z tablicy informacyjnej i mijanych pustych zabudowaniach straży granicznej.
Jesteśmy tuż przed tygodniową wizytą u córki i wnuczki w Holandii.
Poza ogólnie znaną jednostka chorobową o nazwie Reisefieber wracają wspomnienia pierwszych jazd i pokonywany dystans 1100 km aż nad Morze Północne Kraju Tulipanów.
HISTORIA
Wyjazd z Opola i przez wioski dotarcie do tzw. autostrady, której nie dokończył Hitler. Zbudowano mosty, przepusty ale położono tylko jedną jezdnię /pod Wrocławiem dwie jezdnie/ której nawierzchnię pokryto płytami betonowymi. Pierwszy etap 300 km. nie był dla tych którzy mieli plomby w zębach, jak do granicy nie wyleciały to dobrze. Na granicy kupno polskiego chleba, coś na ząb i adrenalina przed kontrolą celną.
Po jej przejściu – Ameryka, autostrada co najmniej 3 pasy i równo jak po stole. O wjeździe do Holandii odczytać można było tylko z tablicy informacyjnej i mijanych pustych zabudowaniach straży granicznej.
Przy dojeździe do Amsterdamu głupiałem gruntownie, ilości pasów autostrad niepoliczalne, biegnące obok siebie autostrady w tym samym kierunku. Oznaczenia miejscowości słabe a orientację winno się mieć po numerach autostrad. Po dojeździe na miejsce czułem się jak bohater, który pokonał trasę nie do pokonania. Prawie 20 lat temu nie odczuwało się takiego nastawienia do Polaków jak dziś. Raczej byliśmy postrzegani jako złodzieje samochodów i zabierający pracę innym poprzez swoje małe wymagania.
W czasie pierwszych pobytów dodatkowo przeżywaliśmy dodatkowe katusze – wszystko niewyobrażalnie drogie – komputer w głowie momentalnie przeliczał guldeny na złotówki – horror.
Serce mi o mało nie pękło jak córka kupiła 3 bilety do gabinetu figur woskowych i zapłaciła w przeliczeniu na złotówki ok. 400.- , parkingi, ceny niebotyczne itd. Nie chciałem napić się kawy, zjeść loda i ........w końcu wkurzona córka skasowała nam kasę i ona rządziła. My czulismy się jak w wesołym miasteczku z którego jednak trzeba kiedyś wyjść i wrócić do normalności.
TERAŹNIEJSZOŚĆ.
Dziś dla nas autostrady zastąpiły tanie linie lotnicze a granice porty lotnicze Katowice Pyrzowice lub Wrocław Strachowice i co najdziwniejsze szybciej i taniej wychodzi lot niż jazda samochodem.
Do jednego i drugiego lotniska dojazd autostradą w godzinkę z hakiem za cenę 7-9 zł.
Lot półtorej godziny i witaj Holandio !.
Zmieniło się także nasze zachowanie i chociaż wszystko jest o wiele drożdże niż w Polsce to jakby EURO było „tańsze”. Nie boimy się wydatków chociaż każdy wyjazd odbija się w naszych emeryckich portfelach dziurą budżetową. Czasy uległy niesamowitej zmianie np. z pierwszych pobytów w Holandii przywoziliśmy takie produkty jak; marynaty, dresingi, ocet balsamiczny itp. w cenie za ½ l. ok. 0,70 EURO, pomidory suszone w zalewie, egzotyczne przyprawy i owoce np. pomelo po 1 EURO/szt. Do czasów narodzin wnuczki, do Holandii woziliśmy niewiele; książki dla córki, słodycze i ........no wiadomo, „kropelki”. Dziś wozimy dużo zbędnych rzeczy dla wnuczki oraz takie rzeczy nieznane w Holandii jak barszcz czerwony i biały, kiełbacha suszona bezy ........no wiadomo, „kropelki”. Może to kwestia przyzwyczajenia ale nie czujemy się w Holandii jak ubodzy krewni.
Holendrzy także z biegiem lat zmienili stosunek do polaków i od lat nie spotkałem się z niechęcią i stwierdzam, że są to ludzie sympatyczni. Spacery z pieskami przysporzyły mi przyjaciół i po pół roku nieobecności z drugiej strony ulicy machamy do siebie – Morcha, hello, hut ?.
Holendrzy także z biegiem lat zmienili stosunek do polaków i od lat nie spotkałem się z niechęcią i stwierdzam, że są to ludzie sympatyczni. Spacery z pieskami przysporzyły mi przyjaciół i po pół roku nieobecności z drugiej strony ulicy machamy do siebie – Morcha, hello, hut ?.
Z przyjemnościa zaczynamy kompletować walichy i bez stresu przygotowujemy się do wyjazdu.
We wtorek jeszcze wpadnę na bloga się pożegnać.
Szkoda, że nie spotkamy tej pogody jak na video:


Komentarze
Prześlij komentarz