KLUCHY ZIEMNIACZANE
17.03.2014

Danie jest chyba znane we wszystkich regionach Polski. Jednak nigdy nie słyszałem, by miało ono jakąś oryginalną nazwę. Więc tak jak znane są wszystkim placki ziemniaczane, tak powinny być znane KLUCHY ZIEMNIACZANE.
Do ich przygotowania potrzeba naprawdę niewiele:
- 1 kg ziemniaków (młode nie bardzo się nadają)
- 0,5 kg mąki (ja używam zwykłej "Mąki Babuni")
Do gotowego dania potrzebna będzie jeszcze:
- słoninka (~10dag)
- kiszona kapusta (ile kto lubi).
Ziemniaki po obraniu ścieram w robocie na tarce o małych oczkach.
Zaraz też dodaję mąkę. Podana ilość mąki jest orientacyjna. Zależy ona od ziemniaków. W wyniku wymieszania powinno powstać ciasto tylko trochę bardziej gęste niż na placki ziemniaczane. Moja babcia dodawała jeszcze jajko. Ja też to praktykowałem. Ale jakieś 20 lat temu zapomniałem o jajku - i okazało się, że kluski bardziej mi zasmakowały. Po prostu stały się bardziej miękkie.
Tak przygotowane ciasto kładziemy na deseczkę do krojenia
i łyżeczką zgarniamy je do gotującej wody. Woda powinna być osolona - ja mówią fachowcy - do smaku. Ja dodaję jeszcze łyżkę oleju, by rzucane kluski się nie sklejały. Oczywiście, każda gospodyni (dowolnej płci) wie, że wodę solimy i olej dolewamy dopiero po zagotowaniu się wody. Skraca to znacznie czas jej zagotowania, a co za tym idzie - zmniejsza zużycie gazu.
Czas gotowania - nie wiem. Zależy od wielu czynników. Najlepiej sprawdzić - przekrawamy na deseczce jedna z klusek - musi być na wskroś jednolita.
Wtedy przelewamy całość na sito, niech się odcedzi, a my zabieramy się za słoninkę.
Ze słoninką, jak z solą. Jej ilość zależy od "smaku". Jeżeli tego przepisu nie będzie czytał lekarz domowy - można dać więcej. Ja dałem 25 dag - ale na podwójną ilość ziemniaków. Słoninkę kroimy na drobne kosteczki ok. 0,5 cm i wrzucamy na patelnię.
Smażymy na niezbyt dużym ogniu (by skwarki się nie przypaliły) do czasu, aż słoninka stanie się szklista.
Teraz odcedzone kluski wrzucam do brytfanny
i zalewam przetopioną słoninką.
W takiej postaci mogą czekać na stołowników, nawet kilka godzin, ale też można podawać je od razu. Jednak by wydobyć cały "bukiet" smaku, wstawiam brytfannę do piekarnika (~200 st.) i podsmażam co nieco.
Całość podaję z kiszoną kapustą, drobno pokrojona z dodatkiem cukru.
Chociaż można stosować różne dodatki. Ja pamiętam jak mój dziadek, pochodzący z Wielkopolski jadł takie kluski z chudym twarogiem. Ale to było dawno i dzisiaj już takiego twarogu nie uświadczysz.
Jeżeli ktoś odważy się spróbować wykonać takie kluski - radzę z doświadczenia, nie żałować ziemniaków. To co zostanie po obiedzie, wspaniale smakuje na kolację - podsmażone jak kartofelki na patelni.
Smacznego!
Danie więcej niż proste - danie prostackie!
Po takich zachętach, nie wiem czy znajdę jednego chociaż czytelnika, który doczyta do końca. Ale ci, którzy nie dotrwają - sami sobie będą winni.
Danie jest chyba znane we wszystkich regionach Polski. Jednak nigdy nie słyszałem, by miało ono jakąś oryginalną nazwę. Więc tak jak znane są wszystkim placki ziemniaczane, tak powinny być znane KLUCHY ZIEMNIACZANE.
Do ich przygotowania potrzeba naprawdę niewiele:
- 1 kg ziemniaków (młode nie bardzo się nadają)
- 0,5 kg mąki (ja używam zwykłej "Mąki Babuni")
Do gotowego dania potrzebna będzie jeszcze:
- słoninka (~10dag)
- kiszona kapusta (ile kto lubi).
Ziemniaki po obraniu ścieram w robocie na tarce o małych oczkach.
Zaraz też dodaję mąkę. Podana ilość mąki jest orientacyjna. Zależy ona od ziemniaków. W wyniku wymieszania powinno powstać ciasto tylko trochę bardziej gęste niż na placki ziemniaczane. Moja babcia dodawała jeszcze jajko. Ja też to praktykowałem. Ale jakieś 20 lat temu zapomniałem o jajku - i okazało się, że kluski bardziej mi zasmakowały. Po prostu stały się bardziej miękkie.
Tak przygotowane ciasto kładziemy na deseczkę do krojenia
i łyżeczką zgarniamy je do gotującej wody. Woda powinna być osolona - ja mówią fachowcy - do smaku. Ja dodaję jeszcze łyżkę oleju, by rzucane kluski się nie sklejały. Oczywiście, każda gospodyni (dowolnej płci) wie, że wodę solimy i olej dolewamy dopiero po zagotowaniu się wody. Skraca to znacznie czas jej zagotowania, a co za tym idzie - zmniejsza zużycie gazu.
Czas gotowania - nie wiem. Zależy od wielu czynników. Najlepiej sprawdzić - przekrawamy na deseczce jedna z klusek - musi być na wskroś jednolita.
Wtedy przelewamy całość na sito, niech się odcedzi, a my zabieramy się za słoninkę.
Ze słoninką, jak z solą. Jej ilość zależy od "smaku". Jeżeli tego przepisu nie będzie czytał lekarz domowy - można dać więcej. Ja dałem 25 dag - ale na podwójną ilość ziemniaków. Słoninkę kroimy na drobne kosteczki ok. 0,5 cm i wrzucamy na patelnię.
Smażymy na niezbyt dużym ogniu (by skwarki się nie przypaliły) do czasu, aż słoninka stanie się szklista.
Teraz odcedzone kluski wrzucam do brytfanny
i zalewam przetopioną słoninką.
W takiej postaci mogą czekać na stołowników, nawet kilka godzin, ale też można podawać je od razu. Jednak by wydobyć cały "bukiet" smaku, wstawiam brytfannę do piekarnika (~200 st.) i podsmażam co nieco.
Całość podaję z kiszoną kapustą, drobno pokrojona z dodatkiem cukru.
Chociaż można stosować różne dodatki. Ja pamiętam jak mój dziadek, pochodzący z Wielkopolski jadł takie kluski z chudym twarogiem. Ale to było dawno i dzisiaj już takiego twarogu nie uświadczysz.
Jeżeli ktoś odważy się spróbować wykonać takie kluski - radzę z doświadczenia, nie żałować ziemniaków. To co zostanie po obiedzie, wspaniale smakuje na kolację - podsmażone jak kartofelki na patelni.
Smacznego!











Komentarze
Prześlij komentarz